Paulovnia to od Paulownia Court. A Paulownia Court było dawno i nieprawda.

Bo nie chodzi o wdzięcznie zwieszającą się, obsypaną fioletowym kwieciem roślinę i w sumie nigdy nie było moim zamiarem wytwarzanie skojarzeń z pnączem, zwiewną kobiecością i robotami ogródkowymi. Paulownia tomentosa to tylko taka zmyłka. W końcu jednak kiedyś wypada wytłumaczyć się z nicka.

Tysiąc lat temu z niewielkim okładem na japońskim dworze cesarskim w Heian-kyō zamieszkała dama dworu wykształcona nieco bardziej, niż kobiecie przystało. Nie wstydziła się znajomości tradycyjnej chińskiej poezji, ale – skoro z racji płci nie wypadało jej zbyt ostentacyjnie posługiwać się sprawną chińszczyzną – kiedy już zdecydowała się pisać, pisała po japońsku.

I rozpisała się dziewczyna. Stworzyła japońską literaturę narodową i jest autorką pierwszej na świecie powieści psychologicznej. Co tam. Pierwszej na świecie powieści, kropka.

Genji Monogatari to powieść jeszcze nieporadna, a przecież przebogata. Współczesny język japoński dopiero się zaczynał kształtować, a że był ubogi w synonimy – nic nie stało na przeszkodzie, żeby pisząc, używać w nim licznych powtórzeń tych samych, zwyczajowych i nie rażących wtedy lekką monotonią określeń. Jeśli szukać akcji, to raczej nie w Opowieści o Genjim, ale chcąc przyjrzeć się jak subtelnie, jak wnikliwie można było tysiąc lat temu obserwować ludzkie charaktery – warto do niej zajrzeć. Bo to, co najbardziej mnie w Genjim uderza, to niezmienność świata. Przeniesiony o tysiąclecie wstecz, o kontynenty w bok, pokazuje to samo: intrygę, politykę, żądzę władzy i bogactwa, walkę o panowanie na cesarskim dworze i w rozbudowanej rodzinie, konwencję zachowań, gotowość poddania się modzie, obowiązkowi, oczekiwaniu otoczenia – i bunt przeciwko temu, co się na świecie zastało. Jeśli przebijesz się przez utrudnienia językowe, przez zrytualizowaną stylistykę, widzisz ludzi podobnych do tych, którzy otaczają cię na co dzień – tak wyraźnie, jak uwiecznioną na kliszy fotografię. Tysiącletnia fotka.

Na wakacje jadą ze mną dwa tłumaczenia Genji Monogatari na angielski (niestety, tłumaczenia polskiego wciąż nie ma, choć istnieją przekłady angielskie, niemieckie, rosyjskie, włoskie, a zdaje się, że ostatnio powstaje i czeski). Jedno jest arcydokładne, świetnie opracowane i sztywne – a drugie żywsze, swobodniejsze i łatwiejsze w odbiorze. Nie wyobrażam sobie większej frajdy, niż móc do woli je porównywać i jak detektyw-amator usiłować przedrzeć się przez nie do oryginału, zamkniętego przede mną, bo japońskiego ni w ząb. Póki co.

Gdzieś pod tymi przekładami, pod wysiłkiem i dobrą wolą tłumaczy – wciąż i nieuchronnie omylnych, ale i tak gotowych własne nazwiska wystawiać na krytykę całego świata, żeby czyjś tekst przekazać dalej – chowa się skarb Paulownia Court i innych miejsc stworzonych wyobraźnią Murasaki Shikibu. To Japonia, w której nie ma samurajów, w której nie istnieje jeszcze kodeks bushido, w której nie je się sushi, a buddyzm jest dopiero od niedawna modną nowinką.

I tego dotyczy mój dzisiejszy coming out. Nie nicka, nie fioletowych drzewek i nawet nie Japonii okresu Heian, tylko tej co i rusz towarzyszącej mi myśli – ile świata dla nas zaginęło tylko dlatego, że nie umieliśmy zachować go w piśmie!